Jest to dwupoziomowa restauracja z barem samoobsługowym. Wnętrze typowe dla takich "tackowych" miejsc, kolorowe, kiczowate, przepełnione pomarańczem i żółcią, na parapetach wszechobecne dynie hokaido, na ścianach zdjęcia i grafiki z tygrysami i inne azjatyckie bibeloty. Do wyboru przekąski: sajgonki, różne smażone tofu serki wyglądające jak ciasteczka, zapiekane papryki, smażone warzywa w cieście. Można wybierać spośród wielu sosów do ryżu / potraw, naliczyłam chyba dziewięć, wegańska "wołowina", "rybne" kulki prawdopodobnie tofu mieszane z seitanem (? --nie odgadłam -- ciężko wyczuć, ale konsystencja była zabójczo podobna do rybnych klopsów), tofu na różne sposoby, jakieś warzywne mieszanki, fasolki, chiński makaron i mroczna, lekko przerażająca czarna breja z bakłażanem. A na końcu znajdziemy surówki, oliwki i inne dodatki. Zupa dyniowa, a jakże, za darmo. Postanowiłyśmy zrobić z koleżanką orientalny chaos. Zanim usiadłyśmy z naszymi wypełnionymi po brzegi talerzami, większość była już zimna. To w dużej mierze nasza wina, bo nie spieszyłyśmy się z nakładaniem kolejnych porcji wegańskich dziwadeł*. Na moim talerzu na uwagę zasługiwały wcześniej wspomniane klopsy zawijane w nori, zielona fasolka i ČERNÉ SOJOVÉ MASO (hmm..nibywołowina?), na prawdę dobre. Tofu smaczne, ale nie powalające. Reszta nijaka. Na talerzu mojej współbiesiadniczki było dużo gorzej. Znalazły się tam dwie potrawy, których nie dało się zjeść. Nie wiem, co to była za przyprawa / składnik, ale bliżej mu było do mokrego szarego papieru toaletowego i jego naturalnej przestrzeni niż do delicji. Na szczęście skusiła się również na mrocznego bakłażana i SOJOVÉ MASO, które były bardzo dobre. Zupa całkiem smaczna, niezgrabnie kremowa, słodka, ale jak dla mnie mało aromatyczna. Wyszłyśmy najedzone, za dwa wypełnione po brzegi talerze zapłaciłyśmy ok. 350Kč. Raczej nie wrócę tam prędko, ale życzyłabym sobie podobnego miejsca na śląsku, szybki lunch na mieście za niewielkie pieniądze (bo jak wiadomo, wygłodniałe i ciekawskie przesadziłyśmy z porcjami!) Wśród przeciętnych propozycji, dwóch tragicznych, o których najlepiej zapomnieć, było kilka smacznych, wartych powtórzenia, a przynajmniej skłaniających do eksperymentów w azjatyckiej roślinnej kuchni.
* nie mylić z divadlami :-)
Zaskoczona bogactwem roślinnych smakołyków w czeskich sklepach wróciłam do domu z..... piwkiem ;-).
Praga jest zachwycająco piękna, więc mam nadzieję, że szybko uda mi się zorganizować tam wiosenny spacer i kto wie, może oprócz butelki lagera przywiozę więcej smaków do "rozpracowania"..?
Dobrou noc
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz